Korsarz A Cappella to krótkie podsumowanie tego co przez dwa dni, a w zasadzie dwie noce działo się w obrębie posesji przy ulicy Gostyńskiej 45 w Warszawie.

Pochmurny i nieco deszczowy piątek wskazywał jednoznacznie że spacery nie są najlepszym pomysłem na spędzenie wieczoru. Dużo łatwiej było porównać to do pogody tzw. barowej – a więc nic prostszego zwłaszcza że właśnie Korsarz świętował swoje pierwsze urodziny. Na pierwszy ogień zagrał już historyczny zespół EKT Gdynia który mimo różnych przejść nadal cieszy się dużą popularnością i zawsze ma wielu słuchaczy.Nadal też występuje na największych scenach muzyki turystycznej, żeglarskiej itp. Ludzie weseli, wszystkie miejsca zajęte nawet stać nie bardzo jest gdzie. Śpiew, zabawa ogólnie przyjazna urodzinowa atmosfera.

Po koncercie EKT`ów chwila na ustawienie drugiej kapeli. W tym czasie goszcząc w tzw. lochach Korsarza można było spotkać wielu bardziej lub mniej znanych ludzi, poczęstować się piwkiem czy dobrą sałatką. Ponieważ jednak goszcząc około 200 osób nie wszystkim można dogodzić impreza w lochach była zamknięta, więc o tym sza.
Druga część koncertu to bardziej szantowe granie w stylu żeglarskich przyśpiewek z prostym powtarzaniem w wykonaniu Starej Kuźni.

Kapelka ta też już ma swoje doświadczenie i potrafi odnaleźć się na tego typu imprezie. W Korsarzu grają dosyć często więc publiczność swoją też już mają co doskonale było widać podczas wspólnych refrenów. I dalej już tańce hulanki swawole… tym razem podobno do okolicy 6 rano.

A przecież przed nami jeszcze sobota…
Przy śniadaniu obejrzałem teleexpress po czym ogarnąłem się chwile. 19 – czas wychodzić i choć zwykle koncerty zaczynają się o 21 to przecież to nie jest zwykły koncert. O godzinie 20 ludzi trochę jakby mniej, ale ostrożnie, należy pamiętać że to dopiero 20. kilka minut próby i na scenie pojawia się zespół Molly Malone`s

laureaci nagrody publiczności WIS 2010 właśnie w Korsarzu mający jeszcze kilka innych sukcesów scenicznych. Pierwszy kawałek to klasyk choć zrobiony nieco na ostro „tak kruchy jak szkło”. Zaraz po tym podały słowa które okazały się przepowiednią losów drugiego dnia I-szej imprezy urodzinowej Korsarza – „czas zacząć bal, co nie skończy się do rana…”

Ludzie napływali pod scenę i wkrótce zrobiło się ciasno i wesoło. Osobowość i charyzma zespołu zrobiła bardzo dobry start. Można było pokrzyczeć poskakać i pośmiać się co nieco. Bisy na życzenie publiczności ukłony i do wodopoju. Jakże szczęśliwi muszą być muzycy grający na takim koncercie jako pierwsi
Szybka zmiana i na pokładzie zaczyna wiać, tak jakby od przodu trochę z dziobu – nic tylko Mordewind.

Pod sceną już ciasno ale bez ścisku, wszyscy się bawią skaczą śpiewają, fałszywy sufler podpowiada zły tekst ale chłopaki twardo śpiewają po swojemu. „Syrenka” połączyła brzegi stolicy

a potem i tak wszyscy wiedzieli że jest taka wieś jak Szarłat.

A po tych szaleńczych tańcach cóż można powiedzieć na koniec? „chodź proszę ze mną” i wszystko jasne

Po falach Molly Malone`s i szkwale Mordewindu przyszedł sztorm z pomocą Kuśka Brothers

Korsarz rozbujał się tak że niektórych złapała „choroba morska” innym piwo samo wylewało się z kufli a cała reszta rozgrzana dalej bujała się w rytm własnej lub Fasolkowej „fantazji”.

A jako że od samego początku imprezy stawy i struny głosowe należało smarować (zwykle piwkiem) każdy miał swój rytm tekst i fantazję.

Wszystko co dobre jednak kiedyś się kończy i pomimo próśb i gróźb koncert na scenie się zakończył.
A teraz pozwolę sobie zaprosić was do tytułu tegoż artykułu ponieważ po części scenicznej zaczął się wieczór Korsarz A Capella zwiastujący zbliżający się wschód słońca nad Powązkami. Początek nieco chaotyczny kilka gitar kilka głosów wszystko w inna stronę jednak nikomu to nie przeszkadzało. Odrobina wyborowego znieczulenia i wszystko gra i śpiewa. Zabawa trwa godziny mijają i każdą chwilą zostaje coraz mniej „wykonawców”. Jak czasem nie było komu zagrać to rytm wybijany był dłońmi na stołach. Daliśmy radę a bardzo wyrozumiała obsługa starała się pomagać nam w świętowaniu tak zacnej rocznicy.
Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy. W pewnym momencie kierownictwo poprosiło nas żebyśmy udali się na spoczynek ponieważ lada chwila rozpoczyna się kolejna impreza, tym razem dla dzieci. Wyobraźcie sobie jakie było zdziwienie tej garstki osób która wychodząc przed tawernę ujrzała pięknie świecące słońce tuż nad Powązkami. Zegarki wskazywały 8 godzinę a ludzie wędrowali a to do sklepu a to do kościoła a to z psem na spacer.

Świt minął niezauważony za to impreza mimo szumu w głowie pozostała niezapomniana.
Z tego miejsca również pragnę podziękować Sławkowi i Michałowi za organizację, kierownictwu i obsłudze za wyrozumiałość i tolerancję, Joannie i Błażejowi za zdjęcia, zespołom za świetne koncerty oraz wszystkim gościom za tak wspaniałą zabawę. Do zobaczenia wkrótce na „wschodzie słońca” lub Korsarzu A Capella.



















Super opis. A ostatnie zdjęcie (bloku) odbieram jako metaforę do tego co się z nami działo po imprezie – przechylało nami ociupinkę