To będzie opowieść o miejscu, które znacie przede wszystkim za sprawą Festiwalu. Kiedy podczas tej imprezy rozmawiam z różnymi ludźmi, często słyszę: przyjeżdżam tu od 2004 roku, byłem na wszystkich edycjach „Rock Szant”, mam sentyment do tego miejsca.
Co ja na to? Super, bracie, super, siostro! Przyjeżdżajcie, to świetne miejsce dla normalnych, życzliwych ludzi! Nikomu tutaj nie zaimponujesz nową komórką, białym Mercedesem, czy modnym wdziankiem. Tu są Serwy. Kumasz? S E R W Y !!!
Teraz przenieśmy się w lata 70-te.
Jezioro Serwy. Czyste, jak zadbane akwarium, pełne ryb i wieczornych łazików -raków. Dzika Przyroda. Na „Dębowej Wyspie”, która dzisiaj tworzy tło Festiwalu, prężnie działa stanica wodna PTTK. Jajecznica, którą wspominam do dziś. Już nikt nie robi takich jajecznic, jak kucharka z „Dębowej Wyspy”. W lasach malin, poziomek i jagód istne zatrzęsienie. Turystów jak na lekarstwo. Jedyny sklep działał tam, gdzie sterczy teraz stara rudera przy drodze z Serw do Dalnego Lasu.
Ruiny Przeszłości. Straszący relikt dawnych, paskudnych czasów. W tym sklepie dokonywało się zakupów.
- Jest chleb?
- Nie ma. Trzeba zamawiać. Jutro dowiozą.
- Jest masło?
- Nie ma.
- To poproszę dwa wina.
Tak to wyglądało. Chciałeś iść do drugiego sklepu? To dymaj, bracie, do Suchej Rzeczki lub do Serskiego Lasu! Oczywiście piechotą! Zresztą w tamtych sklepach też nie było większego wyboru. Znowu dwa wina?
W Dalnym Lesie była wiejska świetlica. Parę stołów, krzeseł, telewizor, w bufecie oranżada, herbatniki, a gdzieś w kącie biblioteka, z której raz nawet skorzystałem. Zawsze to jakaś rozrywka, nie?
Centrum życia towarzyskiego skupiało się w dwóch miejscach. Na terenie obecnych „ProSerw” stacjonowała kolonia letnia. Koloniści spali w wojskowych namiotach, a jedli w tej samej stołówce, w ktorej je się do dzisiaj. W kuchni pracowały dziewczęta z Ochotniczego Hufca Pracy.
Co kilka dni odbywały się potańcówki. Teraz znajduje się tam wypożyczalnia sprzętu wodnego i rowerów, ale kiedyś to była sala taneczna, że hej! Koloniści, kadra wychowawcza, chłopaki ze wsi, przygodni turyści – wszyscy bawili się razem. Czasem ognisko i śpiewanie przy gitarach. Jakieś kradzione ziemniaki, piwo „Wigry” ( wstrętne, ale nie było innego!), doskonalenie sztuki uwodzenia na kraciastych kocach i te dziewczęta, piękne, pod milionem gwiazd.
Drugim miejscem spotkań był ośrodek „Chris”. Wtedy nazywał się jakoś inaczej. Nie pamiętam jak. Tam też były organizowane taneczne zabawy. Wracało się późną nocą. To był spacer po omacku. Jeśli czułeś pod stopami drogę, to znaczy, że zmierzasz w dobrym kierunku. Aby do Krzyża, a potem w prawo.
Dojazd do Serw był Krzyżową Drogą. Najpierw pociągiem z Warszawy do Augustowa. Osobowy najebany, że nogi nie wciśniesz! Ludzie, jak zwierzęta. W przedziałach ścisk, na korytarzach komora gazowa, w w kiblach loże dla szczęśliwców, którym udało się tam zadekować. Podróż do Augustowa trwała jakieś siedem, osiem godzin! Potem czekanie na PKS. Kurwa, nie zabierze nas! Przepełniony do granic możliwości wiózł turystów na wakacje. Ale to nie koniec męczarni! Wysiadka w Serskim Lesie i piechotą do Serw! Z namiotami, plecakami i tymi jebanymi konserwami. Ekwipunek godny rycerza! Tylko giermka nie było do dźwigania. A chuj z taką podróżą! Pot zalewa oczy. Leżysz, jak ten żołnierz-tułacz, gdzieś w rowie i czekasz aż znowu nabierzesz sił do dalszej wędrówki. Słońce świeci prosto w pysk. Jeszcze nie zaszedłeś na miejsce, a już byłeś ślicznie opalony! Namiot ważył jakieś dwadzieścia kilogramów. Z Legionowa, a jak! I zawsze brakowało jakiejś rurki, jakiegoś „śledzia”. Zawsze! I zawsze się, kurwa, o tym przekonywałeś na miejscu!
Mijasz w końcu Dalny Las. Jest!!! Tablica z napisem SERWY!!! Do jeziora prawie kilometr. Mdlejesz. Człapiesz, jak przeciążona szkapa. Wtem czujesz chłodny podmuch wiatru i przed oczami staje ci najpiękniejszy widok na świecie: jezioro Serwy. Zmęczenie mija, jak ręką odjął. Biegniesz. Morda się cieszy. Krzyczysz. Hurrra!!! Zaczęły się wakacje!!!
Jest rok 1975. Mam trzynaście lat i całe życie przed sobą.
Świat jest piękny, pełen przygód i szaleństw.
Z kim tam byłem, kogo spotkałem, co robiłem i w kim się kochałem? O tym dowiecie się w następnym odcinku.























zajeku*wabiste
ja chodziłem wtedy do przedszkola
Makenzen – bomba! Rewolucja w branży turystycznej! Masz w ręku złotą kaczkę, tylko ją doić.
„Zaraz za tym sraczem znajduje się, kur*a, równie wykur*ista jak ratusz, synagoga.”
Zajebiste, chcę mieć taki przewodnik, HAHAHAHAHAHA!
Wyobraził mi się właśnie taki przewodnik turystyczny albo artykuł w czasopiśmie podróżniczym…
„W centralnej części, kur*a, rynku, znajduje się zaje*sty budynek ratusza z XVI wieku. Na lewo jest sracz publiczny, ale ch*j z tym. Zaraz za tym sraczem znajduje się, kur*a, równie wykur*ista jak ratusz, synagoga. W środku chwilowo jest ch*jowo, bo właśnie trwa tam, kur*a jego mać, remont i jest straszny p*dolnik”
Ale artykuł ogólnie fajny
No, po prostu świetne
Bylo ciezko, w tamtych latach, ale jednak, jak sie mialo te 13-15 lat, to swiat zwyczajnie byl piekny! Ja na przyklad na Mazury od 14go roku zycia jezdzilam stopem – wtedy jeszcze byli jacys normalni ludzie, dzisiaj to chyba strach by bylo, taka gowniare sama na stopa puscic.. Pod tym wzgledem mielismy łatwiej jednak