Jestem nikim: cz. VI odc. 2 (Cyrk)

W niemieckim cyrku „AXO” wylądowałem późną zimą w roku 1995. Dymaliśmy z tym całym cyrkowym majdanem po Hamburgu i okolicach. Cygańskie życie. Robota nie należała do lekkich. Młot, ciąganie lin, przetaczanie wagonów i przyczep, budowa, zwijka, deszcz ze śniegiem, trzy piwa i walenie konia przed zaśnięciem. Fakt, można się przyzwyczaić do takiej orki, ale łatwo nie jest. Ciągła walka o higienę. Zimna woda, zimny wiatr i zimna dupa. Zahartowałem się. Żarłem codziennie niezliczone ilości czosnku. Waliło ode mnie na kilometr, ale nie chorowałem. Wszyscy wpieprzali ten cholerny czosnek. Wyglądaliśmy jak banda meneli. Ubłocone buty, ubłocone ubrania, sine gęby, niedomyci i cuchnący. Czułem się jak na wojnie.

Wieczorem, po robocie, obowiązkowa libacja. To były moje lekcje niemieckiego. Kląć w ichnim języku nauczyłem się już po tygodniu. Niemcy też chętnie uczyli się polskiego. Słowo „kurwa” wypowiadali z pięknym naciskiem na literę „r”. Z „chujem” było trochę gorzej, a już ze „złamanym chujem” bez pomocy logopedy ni w ząb. Byliśmy na siebie skazani. Cyrkowa brać zawsze trzyma się razem. Jedziemy przecież na jednym wózku. Wkrótce przełamaliśmy barierę językową i już nikt się nie mylił przy stole, kiedy mówiłeś „nalej mi setę”. Z czasem powstał język cyrkowy. Zlepek polskiego, niemieckiego i angielskiego. Kurwa, nikt z zewnątrz nie mógł nas zrozumieć! Może to i dobrze?

Któregoś marcowego poranka przywieziono mi do cyrku gitarę. To był akustyczny „Ibanez”. Miał dwanaście strun, ale ja grałem na ośmiu. Zdjąłem cztery struny. Podwójna E1, podwójna H a reszta, jak w normalnej gitarce i tak pogrywałem. Brzmienie miała urocze. Nasze lekcje języków obcych stały się teraz o wiele ciekawsze. Śpiewałem piosenki „Dżemu”, a Niemcy dopytywali się o czym są te kawałki. „Brudny niedomytek, w stajni ciągle śpi” – to było coś o nas. Grałem też jakieś numery Cohena, SDM, a czasem wymyślałem śmieszne cyrkowe songi o robocie przy stawianiu namiotu, o waleniu młotem, o ciąganiu lin – takie tam cyrkowe …szanty.

Życie w cyrku nie jest skomplikowane. Wchodzisz w określony rytm i nagle, po trzech, czterech tygodniach okazuje się, że masz czas na wszystko. Pierwsza budowa cyrku trwała 10 – 12 godzin. Zwijka trwała jakieś trzy, cztery godziny. Po miesiącu nabierania wprawy budowa cyrku trwała najwyżej trzy godziny!!! Zwijka góra dwie!!! Byliśmy mistrzami świata! Silny i zdrowy byłem, jak koń. W kwietniu jeszcze zimno, ale już nie nam. Myliśmy się pod gołym niebem, a przechodzący obok, zakapturzeni ludzie spoglądali na nas z niedowierzaniem.

W maju i w czerwcu mieliśmy raj. To najlepsze miesiące dla cyrkowej braci. Długie dnie, wieczorami ogień, kiełbachy, schab, piweńko. Cały czas pod dachem nieba. Super!

W lipcu przyjechałem na dwa tygodnie do Polski. Powód? Narodziny mojej drugiej córki.

- Agata, masz urodzić w piątek, bo już się umówiłem z kumplami na opijanie naszej Mariki.

I urodziła w piątek! Ale była radocha! Leżeliśmy pokotem na działce mojej matki. Butelka nie miała dna. Godnie, po katolicku uczciliśmy narodziny nowej Polki. Potem wróciłem do cyrku. Tu, wiadomo, poprawiny.

Nastała jesień. W listopadzie koniec sezonu. Autokar i do domu. Nareszcie.

Córka urosła, kobieta wypiękniała. W „Remoncie” czekała na mnie robota. Znowu koncerty i powroty nocnymi autobusami. Polskie piwo w ogóle mi nie wchodziło. Odzwyczaiłem się od tych końskich szczochów. Niemcy górą! W tym przypadku nie ma mowy o jakimś patriotyzmie. Jeden do zera dla Niemców!

W lutym 1996 roku znowu do cyrku. Cyrk niby ten sam, ale już stacjonarny. Staliśmy w jednym miejscu przez dziewięć miesięcy. Wakacje!!! Dwa, trzy programy dziennie, każdy po pół godziny. W maju, na trzy miechy przyjechały do mnie moje dziewczyny. W lipcu przyjechała starsza córka, potem teściowa z wnukami, szwagierka. Kurwa, rodzinne wczasy! Dziecko swoje pierwsze kroki stawiało na niemieckiej ziemi. Beztroska, wypoczynek, zero stresu, zajebista opieka medyczna, wkoło las, ptaszęta i uprzejmi, uśmiechnięci ludzie – brawo Niemcy! Dwa do zera dla naszych zachodnich sąsiadów!

Wracałem do Polski. Wiedziałem, że muszę kiedyś zakończyć swoją przygodę z cyrkiem. Polubiłem Niemców, polubiłem Ich kraj. A Polska mnie wciąż dołowała. Wszędzie te skrzywione twarze, wszędzie to cierpienie i gonitwa za chuj wie czym. W końcu i ja dałem się w to wpierdolić, ale o tym napiszę za tydzień.


Do tej pory opublikowaliśmy:
Część I (Dzieciństwo)
Część II (Dorastanie)
Część III (A wszystko przez gitarę!)
Część IV (1982-1989)
Część V (Szalony rok 1989)
Część VI odc 1. (Złota Dekada – Ale dla kogo? 1990 – 2000 )
Część VI odc 2. (Cyrk)

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Śledzik
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Flaker
  • Forumowisko
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Grono.net
  • Gwar
  • Kciuk.pl
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
Grzywa

About Grzywa

Grzywa, Dariusz Wołosewicz ur. 29 maja 1962 r w Warszawie. Muzyk zawodowy (wokalista, gitarzysta, basista, perkusista) i inżynier dźwięku, autor muzyki i tekstów, założyciel i lider formacji marynistycznego rocka Strefa Mocnych Wiatrów oraz akustycznego zespołu Portowi Lovelasi.