
Dariusz Grzywa Wołosewicz oraz Adam Zalewski (SMW) na Porcie Pieśni Pracy pod Żyrafą 2010. Fot. Władysław Całka
Subiektywnie, wybiórczo, egocentrycznie
Kiedy udawaliśmy się razem z Olgą Mikku Woszczyńską w naszą reporterską podróż na Górny Śląsk w sobotę 28 sierpnia 2010, w stolicy Zielonego Śląska (Pszczynie) padał deszcz. W pobliskich Tychach, niegdyś własności książąt pszczyńskich padało także. Kiedyśmy dojechali na pszczyńskie rogatki deszcz ustał. W Tychach, gdzie odbywał się w tym roku pod kryptonimem Szanty pod Żyrafą dwudniowy festiwal Port Pieśni Pracy Lato 2010 – padało. Gdyśmy w niedzielę obrali kurs na Tychy — w Pszczynie lunął deszcz, za to w Tychach się rozpogodziło. Jakkolwiek to się stało, w ogromnym parku położonym w centrum Tychów, z jednej strony zwieńczonym budynkami Szkoły Muzycznej i Urzędu Wojewódzkiego, a z drugiej pomnikiem Walki i Pracy — przywitało nas słońce i rozmiękła gleba.

Władysław Całka: 'Kiepska wizytówka dla miasta i dla PPP...
A przecież wystarczyło troszkę farby... Z Żyrafy najwyżej było by okapi
a ludzie i tak by na festiwal trafili. '
Pomnik Walki i Pracy jest zwany popularnie „Żyrafą” ze względu na kształt. Mnie i chyba nie tylko mnie przypomina w kształcie gitarę elektryczną Gibson Flying V. Tej jesieni szef Miejskiego Centrum Kultury w Tychach Wojciech Wieczorek planuje zresztą z okazji kolejnej Śląskiej Jesieni Gitarowej przekształcenie pomnika w posąg gitary; pozostaje tylko pytanie jaki typ instrumentu zostanie odwzorowany na pomniku
Przedstrefie
Możliwe, że jestem rozpieszczony tegorocznymi festiwalami w Kunicach, Serwach, Wieliszewie. Na PPP pod Żyrafą brakowało mi klimatu imprez odbywających się do roku 2008 w tyskim parku Paprocany – obecności jeziora, rozleniwiającego słońca, górki na której można było sobie usiąść, kempingu. W tym roku niby wszystko było jak trzeba – potężna publika, porządne nagłośnienie, oświetlenie, piwo i żarcie dało radę nabyć, do wyboru toi-toi i płatna toaleta, umiarkowane obsuwy czasowe; na pewno zaplecze sceny było w jak najlepszym porządku i wykonawcy nie narzekali. A mimo to – coś było nie tak. Zauważyłem przede wszystkim bardzo mało znajomych z poprzednich imprez. Ci których spotkałem to głównie mieszkańcy Tychów oraz pobliskich miejscowości śląskich, bardzo mało gości z zewnątrz. Do 2008 roku przyjeżdzali ludzie z całej Polski, biwakowali na Paprocanach… No i nie podobał mi się „korytarz” zbudowany z barierek i dzielący widownię na połowy. Niby dla ochrony kabli i też niby większe bezpieczeństwo imprezy, ale… w Kunicach, Serwach czy Wieliszewie takiego czegoś nie było i tutaj minus dla organizatorów. Zwrócił także moją uwagę brak rozpiski godzin rozpoczęcia występów podany do wiadomości publicznej.

Miłośnicy szant pod Żyrafą. Od lewej: Figa, Yanek, IKA, Damianos, Yopek (Passat) Asia, Władek, Mikku. Przy stoliku siedział także Łukasz. Przechodzili Lorka, Mrufa, stwosz, toshka. Na placu można było spotkać tom-asha z Warszawy oraz TEGOLisa z Zielonej Góry. Fot. własna
Zejman & Garkumpel (dla dzieci)
Tak ja, jak i wielu znajomych (jak mi mówili) odkryło po raz pierwszy urok warszawskiego zespołu Zejman & Garkumpel grającego dla dzieci… i całych rodzin. Talent Mirka Kovala Kowalewskiego w pracy z dziećmi jest znany od lat i można by o tej działalności wiele napisać. Niech wystarczy, że powiem iż odkryłem w tym „dziecięcym graniu” masę doskonałej muzyki. Znakomicie bawiłem się przez cały koncert przede wszystkim tańcząc. Jako nie-żeglarz nie jestem szczególnym miłośnikiem „dorosłej” twórczości Z & G (przesłanie nie trafia do mnie), natomiast za „rodzinne granie” wielkie brawa!
Może i My, zespół szantowo-folkowy z Bydgoszczy
…jest dla mnie jeszcze zjawiskiem nieco nie do ogarnięcia. Spektrum muzyki i śpiewania zespołu mieści się w dolnym zakresie barwowym, całość kończy się na tonach średnich (skrzypce oraz gitara), mnie bardzo brakuje jakiejkolwiek „górki”, choćby tamburynu. Ambitne, ale bardzo poważne, smutne wręcz klimaty. Co do wykonawstwa nie można się do niczego przyczepić – po prostu nie jest to moja muzyka.
Mechanicy Shanty
Istniejący niemal od ćwierćwiecza bluegrassowo-szantowy zespół to pewniak każdej imprezy. Śpiewają autentyczne szanty a capella, grają pieśni kubryku, ale także podejmują wiele tematów stricte folkowych z marynistycznymi tekstami Henryka Szkota Czekały. Dawno nie byłem na koncercie Mechaników i ze zdumieniem odkryłem, że wciąż świetnie się bawię na ich występie i… że tak łatwo się z nimi śpiewa. Jak oni to robią?!
Mikku bardzo podobał się „Mick Jagger”, grający na banjo Michał Misiek Karczewski.
Bez Paniki
Na występie śląskiego zespołu po prostu nie byłem.

Jedyna udana fotka z powitania SMW. Od lewej Jakub Szybecki (Bez Paniki), oraz Mirosław Yopek Kiełpin (Passat), a w tle Figa. Fot. własna
Prawdziwe Perły i happeningi
Gospodarze festiwalu — tyski zespół Prawdziwe Perły oraz ich przyjaciele — dali występ powiązany z happeningiem. Ze względu na to, iż Prawdziwe Perły na zeszłorocznym festiwalu w Wieliszewie uznały mnie — publicznie — za osobę niepożądaną przez „cały zespół” w szantach, nie powinienem i nie będę się o tej kapeli wypowiadał.
Fani SMW
Lider warszawskiego zespołu Strefa Mocnych Wiatrów (SMW), Darek Grzywa Wołosewicz był prywatnie gościem festiwalu Port Pieśni Pracy Zima 2008. Sam zespół — według mojej najlepszej pamięci — zagrał na Górnym Śląsku czterokrotnie: w 2004 roku ich pierwszy w historii występ odbył się w Rybniku (na zaproszenie Grzegorza Łapczyńskiego), w ostatnich latach grupa zagrała w regionie trzykrotnie: występ charytatywny w Woli koło Pszczyny oraz dwa koncerty w kultowym pszczyńskim klubie „Bugsy’s Jazz Club” – te trzy występy zostały zorganizowane przez śląski zespół marynistycznego rocka Szantana. Na siłę można powiedzieć, że występ SMW na Euroszantach — choć w Sosnowcu — odbył się jednak po górnośląskiej stronie rzeki Brynicy
Tym razem Strefę zaproszono do Tychów na duży festiwal szantowy, co można uznać za swoiste wydarzenie. Bo chociaż na Porcie Pieśni Pracy pojawiały się zespoły wyposażone w perkusję, nigdy przed SMW nie było tam zespołu stricte rockowego, heavy-metalowego w dodatku.
Strefa była po długiej, nocnej podróży z Giżycka, po próbie mikrofonowej w Tychach oraz krótkim odpoczynku w hotelu. Po dotarciu około 19:30 na teren festiwalowy, Grzywa został otoczony wianuszkiem wielbicieli! Lider SMW jest z jednej strony znany przez muzyków szantowych poprzez spotkania w trasie, z drugiej strony jako aktywny uczestnik forów szantowych (w tym i naszego). Przez jednych uwielbiany, a przez innych… uwielbiany inaczej
Żałuję, że nie udała się ani jedna fotografia z powitania . Cóż, „aparat co nie ostrzy po ciemku” to niestety mój jedyny sprzęt reporterski poza telefonem komórkowym z wbudowaną kamerką…
Koncert Strefy Mocnych Wiatrów
Strefa Mocnych Wiatrów wyszła na estradę około godz. 20:40 i spędziła na scenie dokładnie 38 minut. Było to 38 minut najlepszego ognia na jaki stać warszawiaków, przyjętego bardzo gorąco przez publiczność… a było zimno. Zimno tak, że widać było parę unoszącą się z bandany frontmana zespołu.
W mojej ocenie koncert SMW był największym wydarzeniem tegorocznego letniego PPP. Zespół wyszedł na scenę ewidentnie stremowany, ale to są zawodowcy, twardziele, prawdziwi Elektrycerze Szanty (jak określił ich konferansjer podpierając się Stanisławem Lemem) i w mig opanowali zagadnienie. Na uwagę zasługuje rewelacyjna realizacja dźwiękowa. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak fantastycznie zrealizowanych bębnów SMW, za co ekipie p. Waniczka nagłaśniającej PPP należą się wielkie brawa. Trzeba wspomnieć, że realizator ekipy zadbał także o właściwe nagłośnienie wokalu (ale to nie dziwi na festiwalu szantowym gdzie śpiew jest dominującym „instrumentem”). Także światła były prowadzone doskonale, może jedynie na scenie było za dużo dymu.
Grzywie należą się pochwały za oszczędną, a przecież porywającą konferansjerkę. Zdecydowanie lepszą niż w wykonaniu miejscowych zapowiadających, którzy usiłowali być dowcipni…
W ciągu nieco ponad pół godziny grania usłyszeliśmy m.in.: „Intro”, „Królów Mórz”, „Hiszpańską Krew”, „Port Royal Metal”, „Robinsona Cruzoe”, „Kanonierów”, „Jestem Nikim”, „Arkę Ocalenia” oraz na bis – „Valhallę”. Z tego zestawu nie udało nam się zarejestrować trzech utworów. Na naszej cyfrowej „taśmie” pozostało 18 minut materiału czyli niemal połowa występu. Materiał ten prezentujemy na wyłączność RockSzanty.pl. Jakość wizji pozostawia sporo do życzenia, natomiast po stronie audio myślę, że będziecie zadowoleni.
Jeśli żal niezarejestrowanego materiału, to na pewno ”Kanonierów”. W utworze tym Arkadiusz Adamczyk gra solowo improwizację perkusyjną. Dzięki ekipie p. Waniczka można było usłyszeć jak naprawdę brzmi zbudowany na zamówienie w Japonii zestaw perkusyjny TAMA, z bębnami z klonu. Sądzę, że trzeba tam było po prostu być. Rejestracja nie oddałaby tego brzmienia… Mnie szczególnie ujęła część „tom-ride”, gra na samych bębnach-tomach, ze skomplikowanym rytmem.
Podziwiajmy Strefę Mocnych Wiatrów na filmie
.
Co było potem?
Ostatniej wypowiedzi konferansjera chyba nie dosłyszałem, bo za daleko stałem, a potem pojechałem; dlatego moja relacja się nagle urywa. Kiedy jechałem późną nocą do domu na Mazowsze, w głowie wciąż brzmiało mi:
Na szantowym, przenajświętszym łonie
Jestem nikim. Jestem tylko wrzodem.
Antek Stalich
P.S. Komentarze do tego artykułu prosimy wpisywać na Forum RockSzanty.pl
























