Jestem nikim: cz. IV (1982 – 1989)

RockSzanty.pl: Czwarta cześć autobiografii Darka Grzywy Wołosewicza

Blues zrodził się z cierpienia, zrodził się w niewoli.

Do wojska iść nie chciałem. To niewola! Dwa lata w armii??? To brzmi jak wyrok. Oni już na mnie czekali. Komisja jedna, komisja druga. Miałem pod ręką coś ostrego. Okaleczyłem sobie przedramię. Nie pójdę do żadnego wojska! Wtedy uciąłbym sobie nawet… nogę, żeby tylko wymigać się od zaszczytu bycia żołnierzem. Kategoria „E”!!! Hurrrra, jestem wolny!!! Jestem wolnym WARIATEM.

Zafundowałem sobie za to inną niewolę. Małżeństwo. „Gdzie byłeś? O której wrócisz? Kup to, kup tamto. Przynieś zakupy, wyrzuć śmieci, wyprowadź psa, wytrzep dywan, umyj się, ogól się, a jak ci się nie podoba to wynocha.”
Męczyłem się. Wkurwiała mnie komuna, wkurwiała mnie żona i wkurwiał mnie ten cały pojebany kraj.

Któregoś dnia poszedłem na bazar Różyckiego. Szwendałem się tam bez celu. W sklepach tylko ocet, a tam kolorowo, wszystko można kupić, wszystko można załatwić. Spekulanci, pies ich ganiał! Jakiś rzezimieszek miał do sprzedania akustyczną gitarę. Duże pudło, nawet stroiła! Cena z kosmosu, ale na tym bazarze wszystko było jak z kosmosu. „Dolary, bony, pyzy gorące, pyzy!” „Co potrzeba?” Kradzione zegarki, tureckie kożuchy, wóda na „setki”, flaki, czekolady, pomarańcze, hazard, świadectwa maturalne, sprężynowe noże, zawszone psy, obciachowe garnitury, „włoskie” buty, podrabiane „Wranglery”, pisma pornograficzne – mogłeś kupić dosłownie wszystko, nawet zaczepny granat. A cały ten bajzel kręcił się w bliskim sąsiedztwie Komendy Milicji Obywatelskiej przy ul. Cyryla i Metodego. „Kurwa kurwie łba nie urwie” – jak to się mówi.

Gitara musiala mnie zauroczyć. Do tego stopnia, że aby ją zdobyć zlikwidowałem swoją książeczkę mieszkaniową! Pomyślałem: mieszkanie przydzielą mi za 20 – 30 lat, a gitarę będę miał już jutro. Wolałem gitarę niż czekanie na cud. Kupiłem i nie żałowałem. Pozbyłem się nadziei. Miałem w ręku konkret. Dziś zakrawa to na jakiś absurd – wtedy też było to absurdem, ale nie dla mnie. Pieprzyć mieszkanie, pieprzyć ten cały system! Będę grał na gitarze.

W ogóle robiłem dziwne rzeczy. Np. sprzedałem swoją ślubną obrączkę, żeby kupić motocykl. Po co mi obrączka?

Próby mieliśmy w moim pokoju na trzecim piętrze, w bloku z wielkiej płyty. Na perkusji grał mój brat, kolega grał na basie, a ja na gitarze. Potem dołączył jeszcze jeden gitarzysta. Rąbaliśmy jakieś kawałki 2+1, Lady Pank, Perfektu, coś Bitelsiaków, Stonsów, Hendrixa i co tam komu przyszło do głowy. Żartów nie było. Z czasem nastąpiła zmiana: przebranżowiłem się na gitarę basową. Zamieniliśmy się instrumentami. Musiałem kupić gitarę elektryczną („Defil”), żeby zamienić ją na używaną gitarę basową.

Zagraliśmy wreszcie swój pierwszy „koncert”.  Perkusista dostał w głowę kotletem i zaczęło się. Odstawiliśmy instrumenty i dawaj lać chamów po ryjach! Baby wrzeszczały, chłopy wzięli się za bary, porwane koszule, krew na podłodze i obrusach, rozdeptane żarcie i rozlana wóda. Stał się wtedy cud: instrumenty i „graty” ocalały!!!
Ha, ha, ha, to ci dopiero debiut!

Po tej zadymie staliśmy się zespołem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, zawsze i wszędzie.  W bloku obok ćwiczył inny zespół. Sprzętowo przerastał nas dziesięć razy, ale warsztatowo byliśmy równi. Szukali gitarzysty. Przyszli do mnie z zapytaniem, czy
chcę zarobić parę złotych. Znowu zamieniłem bas na gitarę.

Zagrałem z nimi pięć, może sześć imprez weselnych. Materiał opanowałem już na drugiej próbie. Tak, czy siak, po miesiącu byliśmy gotowi. Wtedy na weselach grało się na żywo. Żadnego oszukaństwa!

Grałem za równowartość dwudziestu butelek wódki, czyli za około piętnaście dolców.
Robotnik zarabiał wtedy ze 25 „zielonych” miesięcznie więc krzywdy nie mialem.

Podjąłem pracę w Telewizji. Spotkałem tam wielu muzyków. Zrozumiałem jedno: aby mieć dobry instrument należy wyjechać na Zachód. Mój kumpel z pracy miał kultową Yamahę DX7. Kurwa, ten syntezator rewelacyjnie brzmiał! Przywiózł se ze Stanów i wkurwia ludzi! Grałem na pożyczonej gitarze basowej firmy „Ibanez” (też se przywiózł ze Stanów, a co!). Super wiosło! Niestety, nie było mnie stać na takie cacko. Podczas filmowania jakiegoś koncertu okazało się, że basista szwedzkiej grupy rockowej (nazwy już nie pamiętam) zapomniał basu. Za pożyczenie gitary otrzymałem miesięczną pensję! Kiedyś podszedł do mnie reżyser o nazwisku Bik i zapytał, czy chcę wystapić w teledysku Iwony Niedzielskiej. Pewnie, że chciałem. Kazali nam się przez tydzień nie golić i przynieść na plan flanelowe koszule. Mieliśmy wyglądać jak kowboje. Zagraliśmy w teledysku. „Gdzieś za zakrętem” – taki był tytuł tego kawałka. Może gdzieś się snuje po internecie? Nie wiem.

Zacząłem pisać własne utwory. Teksty kilku z nich znam na pamięć do dziś. Jakieś fragmenty?

Mój zamglony świat jak dziurawa łódź
Co fałszywym kursem płynie w dół
Jeszcze w dłoni mocno trzymam ster
Lecz ląd się oddala z każdym dniem

Kurwa, czyżbym już wtedy przewidział to, co będę robił w XXI wieku?

Były i kicze, pisane dla przygodnych dziewcząt zapoznanych gdzieś na wakacjach.

Były też obserwacje:

Ulicami sunie niemy tłum
Blade twarze kłuje deszcz
Dym z kominów fabryk wolno sączy się
Tak zaczyna się twój dzień

Zaciśnięte pięści w złości drżą
Znów prostujesz zgięty grzbiet

Syfem jedzie PRL!!!

Poranną prasę śledzisz jak co dnia
Niezmiennie płyną z niej prognozy złe
I choć zaledwie masz dwadzieścia lat
To czujesz jakbyś przeżył wiek

Telewizja kłamie.

Szklane Twarze

Garnituru pancerz wdział
Siedzi dumny niczym paw
Już wymyślił tezę jak
Wyjść na prostą z chudych lat
Skąd to znasz?

Napisałem wiele tekstów, ułożyłem do nich melodie. Część z tego to gówno, część to wspomnienia, część to coś, co warto grać.

Tłukłem się po weselach, knajpach, domach kultury. Nosiłem jakieś łachmany. Chciałem nawet przeprowadzić akcję: dnia 1 maja idziemy na pochód w worach po ziemniakach. Szare ulice, szare domy, zero perspektyw.
Przemyt towaru z, i do NRD, Węgier, Rumunii, Bulgarii, Czechosłowacji. Byłem tam kilkanaście razy. Jakieś gacie, swetry, aparaty fotograficzne, srebrne łyżki, Biseptol, skarpety, salami i chuj wie, co jeszcze.

Przemytnikiem, kombinatorem, handlarzem, muzykiem, awanturnikiem, pijakiem, łajdakiem, stadionowym zadymiarzem, paserem, alfonsem, katolikiem, abstynentem, palaczem, złodziejem, nierobem, pracusiem, bękartem, patriotą, zwykłą ścierą i człowiekiem – byłem wszystkim po trochu. Dziecko komuny o stu twarzach. Chciałem spróbować wszystkiego. Spróbowałem. Fakt, ominął mnie zakład karny. Wiele osób ominął. Za komuny wszyscy byliśmy ludźmi o stu twarzach. Jeśli nie kradłeś w pracy, to kupowałeś na mecie gorzałę lub pędziłeś sobie bimber. Jeśli wyjeżdżałeś za granicę, to skąd miałeś dolary? Wszyscy tkwiliśmy w tym czerwonym łajnie po uszy.

1989 rok zmienił wszystko. Obudziłem się w prawie wolnej Polsce. Miałem wtedy 27 lat i alimenty do zaplacenia. Pozbyłem się prawie wszystkich gitar. Nie czułem żalu, kiedy ginąc krótką śmiercią wydawały z siebie ten ostatni dźwięk pękających strun. Jedna sekunda i nie ma gitary. Łup o ziemię! Pięć, czy sześć gitar. Nie miały żadnych szans – śmierć!. Jedna przeżyła i żyje do dzisiaj. Przed chwilą dzwoniłem: wróci do mnie!

Grzywa


Do tej pory opublikowaliśmy:
Część I (Dzieciństwo)
Część II (Dorastanie)
Część III (A wszystko przez gitarę!)
Część IV (1982-1989)
Część V (Szalony rok 1989)
Część VI odc 1. (Złota Dekada – Ale dla kogo? 1990 – 2000 )
Część VI odc 2. (Cyrk)

Podziel się na:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Śledzik
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Flaker
  • Forumowisko
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Grono.net
  • Gwar
  • Kciuk.pl
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop
Grzywa

About Grzywa

Grzywa, Dariusz Wołosewicz ur. 29 maja 1962 r w Warszawie. Muzyk zawodowy (wokalista, gitarzysta, basista, perkusista) i inżynier dźwięku, autor muzyki i tekstów, założyciel i lider formacji marynistycznego rocka Strefa Mocnych Wiatrów oraz akustycznego zespołu Portowi Lovelasi.